Gdyby Curry był Lillardem... i na odwrót

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:
Getty Images

Ostatni dwumecz między Warriors i Blazers wywołał burzliwe dyskusje na temat Curry’ego. Jak już wiemy, były MVP ligi odpowiedział na falę krytyki najlepiej jak potrafił, bijąc swój rekord kariery w kolejnym spotkaniu. Ta sytuacja zainspirowała mnie do rozpoczęcia dyskusji pt. „co by było, gdyby...".

Po pierwszym meczu tych drużyn Damian Lillard wypowiedział się na temat obecnej sytuacji swojego rywala. Powiedział, że w końcu Curry może się przekonać, jak ciężko jest dojść do dogodnych pozycji rzutowych, nie mając wokół siebie kilku graczy kalibru All- Star oraz gdy cała obrona jest skupiona tylko na nim. Następnego dnia Steph postanowił udowodnić, że nie można go tak lekceważyć i zdobył 62 punkty, trafiając często bardzo trudne rzuty. W wywiadzie pomeczowym stwierdził, że potraktował to bardzo personalnie i musiał po raz kolejny pokazać światu, jak wybitnym jest graczem, ponieważ znów nie okazano mu należytego szacunku.


Ta wymiana zdań i rywalizacja dwóch wybitnych zawodników oraz wiele dyskusji w intrenecie skłoniło mnie do zastanowienia się, jak wyglądałyby kariery obu tych graczy, gdyby zamienili się miejscami. Czy Curry byłby uważany za najlepszego strzelca wszech czasów grając w Blazers? Czy byłby w stanie zdobyć z nimi mistrzostwo? A może to Lillard dzisiaj byłby dwukrotnym MVP ligi i trzykrotnym mistrzem?

Podobieństwa w grze


Zacznijmy może od podobieństw i różnic w grze obu zawodników, aby potem móc spróbować porównać wpływ, jaki mogliby mieć na swoje drużyny, gdyby faktycznie doszło do takiej zamiany miejsc.


Jak wiemy, obaj gracze lubują się w rzutach dystansowych po koźle, często robiąc to z bardzo dalekiej odległości. Curry był pionierem tego typu rzutów i można z całą pewnością stwierdzić, że Lillard skopiował ten element gry, czyniąc z niego swój wielki atut. Kolejnym podobieństwem jest na pewno umiejętność wbijania się w pole trzech sekund i kończenia akcji w tłoku podkoszowym na wysokim procencie lub wymuszając faul, a że obaj świetnie wykonują rzuty wolne, to bez wątpienia takie akcje są ich atutem.


Jeśli chodzi o grę pick & roll to każdy miał swoje problemy w początkowej fazie kariery, aby wychodzić z agresywnych podwojeń, ale dzięki bolesnym lekcją od rywali stali się w tym względzie wybitni, zwłaszcza Curry. Także aktualnie nie mają problemów, aby znaleźć lepiej ustawionych partnerów i dać im wykańczać akcję, jeśli wymaga tego sytuacja.


W tym miejscu trzeba dodać, że są to wyjątkowo drużynowo grający zawodnicy. Nie mają najmniejszych problemów z zejściem na drugi plan, gdy jest taka potrzeba i któremuś koledze lepiej idzie zdobywanie punktów w danym meczu. Obaj robią dosłownie wszystko, co w ich mocy, aby to ich drużyna wygrała i nie ma dla nich znaczenia ile zdobędą punktów. To bez wątpienia jest cecha, którą u każdego z nich bardzo szanuję, bo mało jest takich gwiazd, które umieją się poświęcić dla dobra zespołu.

Co ich różni


Przejdźmy teraz do różnic, które w naszej debacie mogą okazać się kluczowe. Zacznę od ruchu bez piłki, który wg mnie stanowi tutaj główny punkt. Curry jest mistrzem poruszania się bez piłki i dzięki temu skupia na sobie całą obronę rywala, będąc ciągle w ruchu. Często jego bieganie bez piłki jest tylko przynętą dla obrony rywala i ma odwrócić uwagę od jego kolegi, który dostanie szanse na łatwe punkty. W innym wypadku Steph odda błyskawiczny rzut zza łuku, który zapewne znajdzie drogę do kosza.


Niestety Lillard nigdy nie opanował tej umiejętności w takim stopniu. Oczywiście też jest w stanie wyjść po zasłonach i trafić rzut (chociażby pamiętny game-winner przeciwko Rockets w 2014 playoffs), jednak nigdy nie uczynił z tego swojej zabójczej broni. Prawdopodobnie wynika to, też ze stylu gry Blazers i tego, jak wykorzystuje go trener Stotts, ale o tym za chwilę.


Drugą różnicą jest bez wątpienia skuteczność, z jaką grają obaj panowie. Mimo że uchodzą za wybitnych strzelców i zdobywców punktów, to jednak Lillard zaledwie raz w karierze przekroczył 40% skuteczności zza łuku. Natomiast Curry dokonał tego w każdym sezonie (10 razy!) w karierze, nie licząc poprzedniego, w którym rozegrał zaledwie 5 meczów! Podobnie sprawa ma się ze skutecznością z gry. Lillard osiąga jak do tej pory o 4% gorszą skuteczność niż Curry, co jest dość znaczną różnicą.

Co by było gdyby?


Znając już główne podobieństwa i różnice obu zawodników, możemy spróbować wkomponować ich w drużyny Blazers i Warriors. Na potrzeby tej dyskusji przyjmijmy, że obaj gracze zamieniają się miejscami przed sezonem 2014-15, czyli w momencie, gdy obaj zostali pierwszy raz wybrani do All- Star Game. Curry rozegrał wtedy swój 5 sezon, natomiast Lillard dopiero drugi. Po tym sezonie Steve Kerr zostaje mianowanym pierwszym trenerem Golden State (co jak wiemy, w rzeczywistości poskutkowało pierwszym MVP dla Stepha i mistrzostwem dla Warriors), natomiast Portland nadal jest dowodzone przez Terry’ego Stottsa. Dalej na poczet tej debaty uznajmy, że w obu drużynach zmiany kadrowe oraz kontuzje graczy wypadłyby w dokładnie takich samych momentach, jak to miało rzeczywiście miejsce.


Warriors po przyjściu Kerra stali się maszynką do wygrywania. Trener uwolnił pełen potencjał Curry’ego i wykorzystał umiejętności rozegrania Greena, Boguta i Iguodali tworząc zespół zdolny rozstrzelać każdego rywala zespołową grą. Nie bez znaczenia była umiejętność Stepha w grze bez piłki. Nie jestem pewny czy Lillard nauczony kozłowania piłki przez większą część akcji, byłby w stanie tak szybko przystosować się do takiego stylu gry. Znając jego etykę pracy i umiejętności na pewno udałoby mu się to opanować, ale zapewne nigdy nie doszedłby do tego poziomu, jaki prezentował Curry w tym względzie. Dlatego uważam, że Warriors mogliby nie wyglądać aż tak świetnie, jak w tamtym sezonie, ponieważ musieliby grać w trochę innym stylu.


Natomiast Blazers zapewne stosowaliby taką samą, prymitywną taktykę, z jakiej korzysta trener Stotts od wielu lat. Także zamiana Lillarda na Stepha prawdopodobnie nie zmieniłaby wiele w ich grze, ponieważ uważam, że coach Blazers jest mocno ograniczony taktycznie i nie byłby w stanie wykorzystać Curry’ego w takim stopniu jak Kerr. Pewnie bylibyśmy świadkami podobnych popisów ze strony Curry’ego, jak to miało miejsce w przypadku Lillarda w poprzednim sezonie, gdzie potrafił mieć serie meczów, w których zdobywał 50 punktów i więcej.


W kolejnych sezonach zapewne każdy z graczy coraz lepiej dopasowałby się do nowych kolegów i drużyny. Jestem przekonany, że Warriors wygraliby z Lillardem przynajmniej jedno mistrzostwo, a on sam prawdopodobnie zgarnąłby statuetkę MVP w którymś roku. Skoro potrafił doprowadzać dobre, ale zawsze mające jakieś braki, drużyny Blazers do playoffs i bić się z najlepszymi, to będąc częścią o wiele lepiej broniącej ekipy, byłby w stanie wygrać upragnione mistrzostwo.


Z drugiej strony Curry zapewne biłby rekordy punktowe w kolejnych sezonach, ale musiałby polegać w większym stopniu na rzutach po koźle oraz bardziej eksploatować się w ataku niż miało to miejsce w Golden State. Na pewno dalej byłby uważany za najlepszego strzelca w dziejach, ale nie wiem, czy poszłyby za tym sukcesy zespołowe. Także nie mogę się nie zgodzić z wypowiedzią Lillarda sprzed kilku dni, że Curry miał o wiele więcej łatwych pozycji do rzutów niż Damien w ostatnich latach, grając w lepszej ekipie z wieloma zawodnikami z poziomu All- Star.


Główną różnicą między brakiem sukcesów Blazers i Warriors jest zdecydowanie poziom ich obrony oraz coaching. Kerr potrafi maksymalnie wykorzystać umiejętności swoich graczy i dopasować taktykę pod posiadany personel ludzki. Natomiast Stotts jest tzw. players coach, czyli ma świetne relacje z zawodnikami, ale jego warsztat trenerski jest bardzo ubogi. Dlatego uważam, że Curry nie miałby szans wygrać mistrzostwa w Portland. Na pewno wygrałby jakąś statuetkę MVP i prześcigałby się z Hardenem o koronę króla strzelców. Jednak jego potencjał mógłby nigdy nie zostać tak wykorzystany, jak w Warriors, co oczywiście nie przeszkodziłoby mu, by być uznawanym za jednego z najlepszych graczy w historii.


Co do Lillarda to uważam, że być może nauczyłby się lepszej gry bez piłki, ale na pewno nigdy nie miałby takiego wpływu na grę Wojowników jak Curry. Jednak mając takich partnerów i dużo lepszą obronę zespołową jestem przekonany, że zdobyłby, chociaż jedno mistrzostwo NBA, ponieważ również jak Curry jest bardzo mądrym i zespołowo grającym zawodnikiem.

Doceńmy klasę zawodników!


Podsumowując cały ten wywód, sądzę, że zamiana miejsc obu zawodników nie wpłynęłaby w żaden sposób na wyniki Blazers. Natomiast Warriors z Lillardem mogliby nigdy nie stworzyć takiej potęgi, jaką udało im się zbudować wokół Curry’ego, ponieważ nie da się podrobić stylu gry Stepha. Na pewno brak sukcesów zespołowych uderzyłby w miejsce w hierarchii wszech czasów Curry’ego, a pomógłby w tej debacie wspiąć się wyżej Lillardowi.


Jednak trzeba przyznać, że gracze tacy jak Lillard są „tylko” naśladowcami Curry’ego. Jest on na pewno nie do podrobienia i być może już nigdy nie zobaczymy tak wybitnego strzelca, jak aktualny zawodnik Warriors, który miałby tak ogromny wpływ na grę swoją i swoich kolegów.


Myślę, że w tym miejscu musimy raz na zawsze docenić klasę dwukrotnego MVP i oddać mu należyty szacunek za jego osiągnięcia i znaczenie, jaki miał na zmianę sposobu gry wszystkich drużyn w NBA. Doceńmy też geniusz Lillarda, bo bez wątpienia jest wybitnym graczem, ale jednak o trochę innej charakterystyce niż Curry.


Jako wielki fan obu graczy pozostaje mi trzymać kciuki, żeby w tym sezonie Steph pokazał wszystkim niedowiarkom, że potrafi również w pojedynkę prowadzić zespół do zwycięstw. Natomiast Lillardowi można życzyć, aby w końcu miał u swego boku trenera, który wykorzysta w pełni potencjał jego oraz jego kolegów, co poskutkuje mistrzostwem NBA.


A jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii?

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes
za 3