Dlaczego koszykówka to życie

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:

Rzecz może tyczyć się każdego innego sportu.

Wiecie co oznacza bycie sportowcem? Powtarzanie tych samych ruchów na okrągło, setki razy dziennie, przez całe lata. Niekonwencjonalne podejście do treningów, które pozwoli nam być lepszym od rywala, ale i od kolegi z drużyny, z podwórka, czy przyjaciela z dzieciństwa. Rywalizacja. Koniec końców wszystko sprowadza się do niej. Najczystsza forma rywalizacji, czyli dojście w czymś do perfekcji tylko po to, by pokonać przeciwnika – bez względu na okoliczności. Odkładając na bok wolny czas. Rozrywkę. Przyjaźnie. To wyróżnia zdolnych sportowców od legend. Dumarsa od Jordana. Cavaniego od Cristiano Ronaldo. Lleytona Hewitta od Rogera Federera. Każdemu, kogo wymieniłem jako pierwszego, można pozazdrościć kariery sportowej. Żaden z nich nigdy nie znajdzie się w dyskusji o najlepszych w historii.

Ale też nie każdy chce w niej być. Dla wielu sportowców kariera w NBA, czy Premier League to wystarczający sukces – jeszcze w jej trakcie dbają o swoją przyszłość zakładając spółki, korzystając ze znanego nazwiska i wielu znajomości zdobytych dzięki przygodzie z profesjonalnym sportem.  Dziś widzimy to także wśród supergwiazd – LeBronowi Jamesowi i Cristiano Ronaldo dążenie do doskonałości nie przeszkodziło w zbudowaniu finansowych imperiów. Nie dokonali tego jednak w pojedynkę – od dawna mają wokół siebie zaufanych ludzi, podczas gdy sami, mimo upływu lat, są wzorami do naśladowania jeśli chodzi o wykonywanie swojej roboty.

Rzecz może tyczyć się każdego innego sportu także w tym przypadku. Za co go kochamy? Za co kochamy sportowców? Za to, że oglądając ich codzienne starania i sukcesy, otrzymujemy motywację, by robić to samo w naszym życiu. Mamy przed oczami namacalny dowód na to, że można osiągnąć wszystko dzięki ciężkiej pracy. Dlatego tak łatwo utożsamić nam się z klubem, z zawodnikiem. Od zera do bohatera – nigdzie nie ma więcej takich historii niż w sporcie.

Scottie Pippen był najmłodszym z 12 rodzeństwa mieszkając w Hamburgu, w stanie Arkansas. Jego ojciec i brat byli sparaliżowani, trzeba było opiekować się nimi 24 godziny na dobę. Larry Bird miał ojca alkoholika, który  popełnił samobójstwo, gdy Larry miał 18 lat. Prześladowały go koszmary z wojny w Korei. Jimmy Butler w wieku 13 lat został wyrzucony z domu przez swoją matkę, z dnia na dzień stał się bezdomny. Dion Waiters opowiadając w artykule dla The Players Tribune o tym, ilu członków jego rodziny i przyjaciół zostało zamordowanych, kiedy był jeszcze nastolatkiem, napisał: zbyt wielu, żeby ich policzyć.

Rzecz może tyczyć się każdego innego sportu. Ale dla mnie tyczy się tylko koszykówki.

Który inny sport drużynowy daje możliwość równie efektywnego trenowania w samotności? W momencie, w którym zakochałem się w koszykówce jakieś 12 lat temu, wiedziałem, że od tamtej pory wszystko będzie sprowadzało się w moim przypadku do piłki i kosza.

Niekoniecznie do kariery sportowej.

Nie wiedziałem nawet jak się do tego zabrać. Na 12 lat grania najwięcej nauczyłem się przez ostatnie 2-3 lata, głównie przez analizę gry kogoś innego.

Po prostu – do piłki i kosza. Nieważne jak toczy się reszta spraw, zawsze pozostaje możliwość pójścia na boisko. Boisko to dobre miejsce do tego żeby coś przemyśleć, lub od czegoś uciec, choć na chwilę. Stać się na chwilę kimś innym. Trafić kilka rzutów. A jeśli jest kilka osób więcej  - wiadomo, że każdy z nas będzie chciał udowodnić, że jest najlepszy. Zasady są takie same dla wszystkich. I przez te kilka godzin liczy się tylko rywalizacja, ale też współpraca i szacunek. Zasługują na niego ci, którzy najbardziej się starają, niekoniecznie ci najlepsi.

A potem wiadomo – przepraszanie za słowa i emocje, ale jeśli druga osoba czuła to samo, to dawno tego nie pamięta. Taki jest sport. W mało której dyscyplinie pojedynki 1vs1 mają jednak takie znaczenie. Zarówno dla losów spotkania, co dla psychiki zawodników. Sprawdźcie tylko jak Jordan motywował się, kiedy grał przeciwko Starksowi. Dumarsowi. Drexlerowi.

Jeśli graliście, lub gracie w kosza, na pewno mieliście choć jednego przeciwnika, którego szczerze z całego serca nienawidziliście. Nie jako człowieka. Często być może nawet go nie znaliście. Tak się po prostu złożyło, że grał na podobnej pozycji. W podobnym stylu. Może był lepszy od Was? No więc niewiele trzeba było, żeby zmotywować Was do pojedynku. Dzień wcześniej podczas grania łapały skurcze i zmęczenie dawało o sobie znać. Teraz? Moglibyście przez 3 godziny gonić bez przerwy, byle tylko coś udowodnić. Wiecie, o czym mówię? Rywalizacja.

3 godziny później siedzicie w domu i nie czujecie już nienawiści do tej osoby. Pozostała raczej duma z siebie i przyjemne zmęczenie. Wiecie, że jutro się nie ruszycie, ale było warto. Wynik jest nieważny, ale daliście z siebie wszystko. No i jest jeszcze 1% tych, dla których wynik jest ważny. Nie przestają o tym myśleć. Pójdą przebiec jeszcze kilka kilometrów, żeby w następnym pojedynku nie zmęczyć się tak szybko. Ten 1% zostaje zawodowymi sportowcami. Nie oznacza to jednak, że tylko 1% z nas może zmienić dzięki sportowi swoje życie.

Mądry ten, który potrafi przekuć naukę otrzymaną w jednej sferze życia, w wykorzystanie jej w drugiej. W tym przypadku chęć udowodnienia swojej wartości, etykę pracy, wiarę w siebie. To działa nie tylko na boisku. Oddając dziennie 500 rzutów po kilku miesiącach będziemy nie do powstrzymania po zasłonach na półdystansie. Pracując nad dowolną umiejętnością związaną z naszą pasją, pracą, nauką – osiągniemy ten sam efekt.  

W żadnym innym sporcie drużynowym od jednego zawodnika nie zależy tak wiele.

Nie tylko od jego umiejętności fizycznych. Ale i przywódczych. Umiejętności współpracy. Bycia wyrozumiałym. Motywowania. Jeśli jesteś dobrym liderem na boisku, mam jakieś 99% pewności, że poradzisz sobie też jako przyjaciel, pracownik, szef własnej firmy. Wzięcie na siebie odpowiedzialności nigdy nie jest łatwe i nie da rady zrobić tego bez ryzyka, że w razie czego to ty odpowiesz za porażkę. Jeśli pozostawiasz jakąś otwartą furtkę, wymówkę – tak naprawdę żadnej odpowiedzialności na siebie nie bierzesz. Naucz się robić to na boisku, a zobaczysz, że dużo łatwiej przyjdzie ci to w życiu.

Czy chorobliwa rywalizacja w sporcie to droga do szczęścia w życiu? Absolutnie nie.

Znamy wiele przykładów zawodników, którzy oddali się grze w stu procentach, doszli niemal do perfekcji w tym, czego od nich wymagano, a potem się zagubili. Iverson. Rodman. Niezliczone przykłady sportowców, którzy po zakończeni kariery nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Dlatego tak ważne jest, żeby widzieć analogię między sportem, a życiem. Zaniedbasz pozostałe sprawy skupiając się tylko na jednej – nie dziw się, że nie panuje w nich porządek. Cleveland Cavaliers do 2010 roku byli, umówmy się, jednoosobową drużyną. Kiedy odszedł LeBron, całkowicie się posypali. Gdyby trenerzy Cavs ufali reszcie drużyny bardziej i powierzali odpowiedzialność w ich ręce kiedy James był jeszcze w składzie – nie zostaliby z niczym po jego odejściu. Wiecie o czym mówię? Macie swojego LeBrona, swoją pasję? Zróbcie wszystko, żeby była ważna w Waszym życiu. Ale nie może oznaczać to zlekceważenia reszty obowiązków, zapomnienia o reszcie świata. Takie postacie często są geniuszami w swoich dziedzinach. I często są nieszczęśliwe.  

Nic tak nie dzieli (w internecie) jak polityka i sport.

Widzieliście dyskusję pod niedawnym postem  na naszym Fanpage’u o tym, że porównania LeBrona i Michaela nigdy się nie skończą i nigdy też nie dowiemy się, kto był lepszy? Nic niezwykłego – ot kolejna dyskusja zaczynająca się na koszu, a kończąca na wyzywaniu od pedałów. Od jakiegoś roku-dwóch nie jestem w żadnej (oprócz naszej, z wiadomych powodów) grupie dyskusyjnej na temat NBA, pomijając fakt, że w ogóle staram się robić coraz dłuższe przerwy od mediów społecznościowych, co jest dużo trudniejsze, niż myślałem. Hejt goni hejt. Stosunkowo niewiele osób  w Polsce interesuje się NBA,  a my i tak wolimy  nienawidzić się między sobą.

A potem czytamy dyskusje polityczne i śmiejemy się z tych, którzy wypruwają sobie żyły, żeby obrazić drugiego człowieka.

Nie mamy ostatnio możliwości się sprawdzić na boisku.

Porzucać, zagrać choćby 3x3. Brakuje Wam tego? Kiedy wrócimy, znowu zacznie się rywalizacja, chęć udowodnienia, że jest się lepszym, pokazania, że to, z czym mieliśmy problemy kilka miesięcy temu, teraz przychodzi nam z łatwością. Poczucie, że wiemy na co nas stać, jesteśmy gotowi, żeby spisać się w tej akcji na miarę oczekiwań, bo robiliśmy to już  wcześniej setki razy. Zacznie się też współpraca, ufanie drugiej osobie i wzajemna motywacja, bo tylko to umożliwia wygrywanie na dłuższą metę.

I właśnie dlatego koszykówka to życie.

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes
za 3