LeBron James prześcignął Michaela Jordana?

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:
essentiallysport.com
Debata o miano najlepszego koszykarza wszechczasów znów rozgorzała po czwartym mistrzowskim pierścieniu zdobytym przez LeBrona Jamesa. Zarówno Jordan, jak i James mają swoich zwolenników, ale tylko jeden może tytułować się GOAT-em. Zatem kto wygrywa to starcie?

Postanowiłem bliżej przyjrzeć się tej niekończącej się debacie. Obaj zawodnicy mają swoje atuty w tej dyskusji i ciężko jest jednoznacznie wskazać tego lepszego. Dlatego przedstawię kilka argumentów za każdym z kandydatów i pozwolę sobie na jak najbardziej obiektywną ocenę ich osiągnięć.

GOAT James

Zacznijmy od świeżo upieczonego mistrza NBA LeBrona Jamesa, który właśnie wygrał swoje czwarte mistrzostwo NBA i po raz czwarty został wybrany MVP NBA Finals.

Za tytułowaniem Jamesa najlepszym zawodnikiem wszechczasów przemawia przede wszystkim jego długowieczność. Jest to nieprawdopodobny wyczyn, że gra w NBA już 17 sezon i nic nie zapowiada, aby w najbliższym czasie zaliczył spadek formy. Jego statystyki są praktycznie na niezmienne, co musi budzić szacunek. Tylko Kareem Abdul Jabbar był w stanie grać aż tyle lat na najwyższym możliwym poziomie, ale nawet on nie miał takiego wpływu na swoje drużyny w ostatnich latach kariery.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że James pobije wszelkie rekordy, które wydawały się nie do złamania, jeśli tylko nie przytrafi mu się jakaś poważna kontuzja. Dla mnie największe wrażenie zrobi pobicie rekordu Jabbara, ponieważ LeBron nigdy nie był uznawany za wielkiego strzelca i zdobywanie punktów nie jest jego główną umiejętnością. Mimo to ma szanse skończyć karierę jako najlepiej punktujący zawodnik w historii ligi!

James od momentu wejścia do NBA jest dominatorem i jego przygotowanie fizyczne oraz dbanie o własne ciało jest bezwzględnie kluczem do sukcesów. Co bardziej imponujące James cały czas się rozwija i dodaje kolejne elementy do swojego arsenału. Zaczynał jako dynamiczny zawodnik, który praktycznie nie umiał rzucać i zdobywał większość punktów z pola trzech sekund. Jednak z biegiem lat bardzo mocno poprawił rzut z dystansu, co było jego piętą achillesową. Aktualnie jest na 15 miejscu w historii pod względem celnych rzutów za trzy punkty! Biorąc pod uwagę, że był to jeden z jego słabszych elementów, to osiągnięcie musi budzić jeszcze większy szacunek.

Dodajmy, że w swoim 17 sezonie(!) został pierwszy raz w karierze najlepiej asystującym graczem ligi, co tylko może nas utwierdzać w tezie, że jest prawdopodobnie najbardziej wszechstronnym koszykarzem wszechczasów. Umiejętność adoptowania i dostosowania się do aktualnych trendów w koszykówce jest niezwykle istotna i to również jest jednym z powodów, dzięki którym LBJ może grać na tak wysokim poziomie przez tyle lat.

Kolejnym argumentem za kandydaturą Jamesa są sukcesy zespołowe. Nie możemy przejść obojętnie obok jego dokonań na tym polu. Mistrzostwa zdobywane z trzema różnymi drużynami oraz 10 występów w finałach NBA są bez wątpienia nie lada wyczynem, a co bardziej imponujące to fakt, że w ostatnich 10 latach aż 9-krotnie to jego zespół grał w finale. Oczywiście można się spierać, że ma zaledwie 4 wygrane starcia na 10 prób. Jednak nie można zapominać, że przynajmniej w 2 przypadkach jego drużyny były skazywane na pożarcie i sam fakt, że znalazły się w finale, musi być uznane za sukces (2007 oraz 2018).

Także można powiedzieć, że sama obecność Jamesa w drużynie jest praktycznie gwarantem sukcesów i w najgorszym wypadku jego zespół zostanie wicemistrzem. Na pewno krytycy nie mogą już dłużej używać argumentu, że całe życie grał w słabszej konferencji, bo w tym sezonie udowodnił, że potrafi wygrać mistrzostwo, grając w zachodniej części NBA.

GOAT Jordan

Przejdźmy teraz do głównych argumentów przemawiających za Michaelem Jordanem jako najlepszym graczu wszechczasów.

W przeciwieństwie do Jamesa Jordan nie grał aż tylu lat w NBA. Nie zapominajmy jednak, że 3 lata spędził na uniwersytecie, gdzie udało mu się wygrać mistrzostwo NCAA, zdobywając decydujące punkty w finale jako rookie. Także aura zwycięzcy towarzyszyła mu już od samego początku jego kariery.

Jordan bez wątpienia był najlepszym „scorerem” w dziejach. Nigdy nie było i prawdopodobnie nie będzie zawodnika, który z taką łatwością i regularnością potrafiłby zdobywać punkty. MJ był aż 10 razy z rzędu królem strzelców NBA (nie biorę pod uwagę przerwy na baseball, więc Jordan był królem strzelców 10 razy z rzędu, jeśli tylko grał w NBA)! Dodatkowo Jordan ma najwyższą średnią zdobywanych punktów na mecz w historii NBA, a to tylko pokazuje nam, jakim był nieprawdopodobnym graczem w ataku.

Mimo takich osiągnięć statystycznych Jordan nie był graczem jednej połowy parkietu. Równie skutecznie grał w obronie i jest jedynym graczem, który zdobył nagrody MVP, DPOY oraz króla strzelców w tym samym sezonie (87/88)! Dodatkowo był wybierany aż 9-krotnie do pierwszej drużyny najlepszych defensorów ligi oraz trzykrotnie wyrywał klasyfikację przechwytów. Te osiągnięcia pokazują nam, że był równie dobry po obu stronach boiska. Może nie był tak doskonałym podającym, jak James, ale na pewno w swoich najlepszych czasach był bez wątpienia najlepszym zawodnikiem na świecie zarówno w ataku, jak i w obronie.

Moim zdaniem było to związane z jego, wręcz chorobliwą, żądzą rywalizacji. MJ zawsze musiał być najlepszy, nieważne czy chodziło o gierkę na treningu, mecz regularny czy mecz w playoffs. To zawsze on musiał wygrać i za wszelką cenę dążył do tego celu. Jego nastawienie i żądza rywalizacji uczyniły z niego tak świetnego gracza, ponieważ nigdy nie odpuszczał i grał w każdym meczu, jakby to miało być jego ostatnie spotkanie w karierze. Swoją postawą na każdym kroku pokazywał ludziom, że to on jest samcem alfa i nikt nie ma prawa się zbliżyć do jego poziomu gry.

Nie możemy zapomnieć o perfekcyjnym bilansie w finałach NBA. Sześć zwycięstw i żadnej porażki. W dodatku dwukrotnie udawało mu się zdobyć three-peat, co jest niesamowicie ciężkim osiągnięciem, aby przez tyle lat utrzymywać koncentrację oraz żądzę zwycięstwa na najwyższym poziomie. Jordan był za każdym razem zdecydowanie najlepszym graczem w finałach i nigdy nie ugiął się pod presją. Gdy już udało mu się znaleźć receptę na sukces i pokonał odwiecznych rywali z Detroit to przez kolejne lata, gdy tylko akurat nie grał w baseball, nikt nie potrafił go zdetronizować. A tego samego nie możemy powiedzieć o Jamesie, który w swoich najlepszych czasach dawał dochodzić innym wybitnym graczom do głosu. Natomiast Jordan był bezdyskusyjnie najlepszy oraz niepokonany (w pełnych sezonach, w których grał) od momentu zdobycia pierwszego mistrzostwa.

GOAT może być tylko jeden!

Także jak widzimy, obaj zawodnicy mają poważne argumenty za swoją kandydaturą. Można by się prześcigać w wymienianiu statystyk czy indywidualnych osiągnięć, ale to by nam już dużo nie pomogło w ostatecznym osądzie, który z nich może tytułować się GOAT-em. Moim zdaniem jest jedna zasadnicza różnica, która rozstrzyga kwestię najlepszego gracza wszechczasów, a mianowicie nastawienie i podejście do gry!

Tak jak już wcześniej wspomniałem, Jordan zawsze grał z chęcią zmasakrowania przeciwnika w każdym możliwym meczu bez względu na jego rangę, a tego samego nie można powiedzieć o Jamesie. Różnicę w ich nastawieniu widać między innymi po decyzji Jordana. MJ nigdy się nie poddał i mimo porażek na początku kariery w playoffs został wierny Bulls i chciał zrobić wszystko, aby udowodnić sobie i światu, że jest w stanie poprowadzić swój zespół do mistrzostwa. Przypomnę tylko, że w momencie przyjścia Jordana do ligi Chicago było jeszcze większą dziurą i pośmiewiskiem niż Cleveland w momencie przyjścia LeBrona w 2003 roku. Natomiast James po kilku nieudanych próbach postanowił połączyć siły z dwoma innymi wielkimi gwiazdami i przeniósł się do Miami, wybierając dużo łatwiejsze rozwiązanie.

Udało mu się wygrać tam dwa mistrzostwa, ale nikt nigdy nie zapomni spektakularnej klęski z Dallas w 2011 roku. Oczywiście można przegrać finał, ale jedna kwestia jest dla mnie niewybaczalna, jeśli mówimy o najlepszym zawodniku wszechczasów. Nigdy nie można się poddać!

LeBron James w tamtych finałach zupełnie spalił się psychicznie i zwyczajnie skapitulował, chowając się w cień i oddając palmę pierwszeństwa Wade’owi. Moim zdaniem tamte finały raz na zawsze rozstrzygnęły kwestię pomiędzy Jordanem i Jamesem. Ich nastawienie do koszykówki i sportu jest na zupełnie innym poziomie. Owszem James też jest kilerem i nieprawdopodobnym graczem, ale jeśli mówimy o tym jednym wybrańcu i mamy uważać go za najlepszego ever, to wybór jest jeden, Michael Jordan!

Jego żądza zwycięstwa, odporność psychiczna oraz nastawienie, aby w każdym momencie dnia i nocy skopać komuś tyłek robi różnicę w tej debacie. James, choć jest fenomenalnym graczem, nigdy nie miał i nie będzie miał tego genu zwycięstwa w sobie na takim poziomie. Wielu z Was może się nie zgodzić, że jedne finały mogą przekreślić kandydaturę Jamesa. Jednak uważam, że to właśnie wtedy mogliśmy zobaczyć główną różnicę między tymi dwoma zawodnikami. Dlatego moim zdaniem LeBron James będzie uchodził za zawodnika, który miał najwspanialszą karierę w dziejach, ale jeśli mówimy o najlepszym zawodniku w historii, to może nim być tylko jeden. A tym kimś jest Michael Jordan!

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes
za 3