[SONDA] Celtics czy Heat? Zaczynamy Finały Konferencji!

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:

Po raz pierwszy w historii w Finałach Konferencji na Wschodzie nie ma ani drużyny zostawionej z #1, ani z #2. Czy mimo tego możemy powiedzieć, że Wschód w Finałach reprezentować będzie jedna z dwóch najlepszych drużyn w tej konferencji? Zdecydowanie - tak.

Logiczne, skoro to właśnie te dwie drużyny zobaczymy na przedostatnim etapie wyścigu po trofeum Larry'ego O'Briena, powiecie. Gdybyśmy jednak pomieszali pary w poprzedniej rundzie i to Celtics zagraliby z Bucks, a Heat z Raptors, śmiało obstawilibyśmy podobne rezultaty, choć i Toronto pozostawiło po sobie bardzo dobre wrażenie. Brakowało im jednak stabilności, którą zarówno Heat jak i Celtics imponują od początku sezonu w bańce.

Heat do awansu do Finałów Konferencji potrzebowali zaledwie 9 spotkań. W decydujących momentach każdego z nich, Jimmy Butler i spółka potrafili w bardzo skuteczny sposób ograniczyć poczynania najlepszych zawodników rywali. Paradoksalnie jedynej porażki doznali w czwartym meczu serii z Milwaukee, kiedy z gry wypadł Giannis Antetokounmpo, a do głosu doszli pozostali gracze Bucks. Poza tym, ani Giannis, ani TJ Warren, ani Khris Middleton nie byli w stanie odwrócić losów zaciętych spotkań przeciwko podopiecznym Erika Spoelstry. Jeden z najlepszych taktyków w lidze był o krok przed trenerami rywali.

W przypadku Celtics nie będzie to jednak takie proste. O ile Jayson Tatum udowodnił, że w zespole z Bostonu jest postacią numer 1, ograniczenie jego poczynań nie będzie wcale oznaczało zapędzenia C's do narożnika. Gdyby nie cudowny rzut OG Anuoby'ego na 0,5 sekundy przed końcem meczu numer 3, Celtics wygraliby, choć Tatum rzucił tylko 15 punktów. Game 5 także nie należał do wybitnych występów ofensywnych w jego wykonaniu - Jay trafił tylko 5 rzutów, a mimo tego C's wygrali różnicą 22 punktów. Heat będą musieli zrobić dużo więcej, niż tylko powstrzymać Tatuma, który równie dobrze może zaszkodzić im poprzez umiejętne rozgrywanie piłki.

Podpowiedź sztab Erika Spoelstry znajdzie analizując poczynania Toronto Raptors, którzy zamiast na Tatumie, w drugiej części serii skupili się na Kemba Walkerze. Walker rozegrał kapitalne zawody przeciwko 76ers, notując średnio 24 punkty na prawie 50% skuteczności. Przede wszystkim jednak napędzał ataki Celtics - przez cały czas był groźną bronią z dystansu, a po wysokich pick&rollach bez problemu znajdował drogę do kosza, czy to podaniem, czy bezpośrednim wjazdem w pomalowane. Jak bardzo Celtom zaszkodzić może odcięcie go od piłki - pokazali Raptors choćby w meczach numer 4 i 6.

Ta historia ma też jednak pozytywny wydźwięk dla Bostonu. Kemba ma krótką pamięć i wystarczy, że na chwilę spuści się go z oka, a ten nie zawaha się oddać rzutu w kluczowym momencie spotkania, nawet jeśli wcześniej nic nie szło po jego myśli.

Tatum i Walker to nadal kropla (no dobra, duża kropla) w morzu możliwości Celtics. Całkiem możliwe, że w którymś momencie serii na parkiet wróci także Gordon Hayward (ma za sobą dwa udane występy przeciwko Heat w sezonie regularnym).

Spójrzmy teraz nieco w stronę Miami.

Jeśli Jayson Tatum nie zawsze musi punktować, żeby mieć istotny udział na grę swojej drużyny, to co powiedzieć o Jimmym Butlerze? Kiedy czuje, że to potrzebne, Jimmy wydaje oświadczenie. 40 punktów na start serii z Milwaukee. 28 na start serii z Pacers w pierwszej rundzie. Ale bywały i takie mecze jak Game 4 przeciwko Pacers (6 punktów, 5 oddanych rzutów!), czy Game 2 przeciwko Milwaukee, kiedy trafił ledwie 3 z 8 rzutów z gry, a jego zespół nadal dominował. To jest właśnie siła Heat, która prawdopodobnie sprawia, że każdy, komu przychodzić się z nimi mierzyć, ma mocno doskwierające bóle głowy.

Z jednej strony świadczy to o tym jak wielkim zawodnikiem stał się Butler. Wystarczy, że jest na boisku, by jego drużyna starała się bardziej. Było w serii z Milwaukee kilka momentów, w których Jimmy od razu po wejściu na boisko robił różnicę w obronie - wymuszając stratę, lub trudny rzut. Samą swoją energią.

Z drugiej - pokazuje, jak głębokim składem operuje Erik Spoelstra i jak trafili z formą poszczególni gracze. Mamy tu na myśli zwłaszcza Gorana Dragica.

Co z tego, że przez niemal cały sezon ważniejszy w rotacji Heat był świetny debiutant Kendrick Nunn. Przyszedł czas na poważne granie i Dragic odzyskał miejsce w hierarchii. Miejsce, które obecnie zajmuje tuż za Butlerem. Żaden zawodnik nie ma piłki w rękach równie często w decydujących momentach, co ta dwójka.


Dragic gra jak generał, a swoją postawą przypomina nieco własne występy z Eurobasketu, za które otrzymał nagrodę MVP. Świetnie rozumie grę i zdaje sobie sprawę z tego czego oczekuje od niego trener. Przez cały mecz może pozostawać w cieniu, a i tak rzuca po 20 punktów, wychodząc z niego, kiedy trzeba rozegrać kluczową akcję.

Nie nachwalimy wystarczająco skuteczności Heat z dystansu (38%) i z gry (46%), ale tu muszą mieć się na baczności. Żadna drużyna nie broni trójek lepiej niż Boston, czego dowód mieliśmy okazję obserwować w serii z Toronto. Skuteczność Raptors zza linii 3 punktów spadła z 37% w sezonie regularnym, do 32% w serii z Celtics. Marc Gasol i Pascal Siakam, który w sezonie regularnym trafili w sumie 188 trójek (3,5 na mecz), w całej serii z Bostonem trafili 6 z 48 takich rzutów.

Jedno jest pewne - to będzie kolejne defensywne arcydzieło i prawdopodobnie najlepsza seria tych playoffów.

Kto wygra?

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes
za 3