Tell’em, Rondo. Długa droga Rajona do drugiego mistrzostwa NBA

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:

Rajon Rondo to człowiek stworzony do gry o mistrzostwo NBA. Nie miałem co do tego wątpliwości, kiedy tułał się po Dallas, Sacramento, Nowym Orleanie czy Chicago, walcząc o awans do playoffs, w których koniec końców rzadko kiedy miał okazję grać.

Trudno wyobrazić sobie jak bardzo frustrujące musiało być dla niego bycie niejako zapomnianym przez ligę, zaledwie kilka lat po tym, jak mało co nie został MVP Finałów 2010. Gdyby to Celtics 17 czerwca tamtego roku wygrali Game 7, bardzo prawdopodobne, że nagroda trafiłaby właśnie do niego – był mózgiem całego zespołu, znał na pamięć wszystkie zagrywki Doca Riversa, a często także zdecydowaną większość akcji swoich rywali.  

Kobe Bryant looks to shoot over Rajon Rondo during Game 6 of the 2010 NBA  Finals. Down 3-2 in the series, Kobe and t… | Lakers kobe, Kobe bryant,  Lakers vs celtics

Po przejściu LeBrona James do Miami, na Wschodzie powstała nowa siła, a pojedynki między Celtics, a Heat stały się ozdobą ligi. W 2012 roku Rondo i jego kompani znów byli blisko mistrzostwa – do zagrania w Finałach przeciwko młodziutkim OKC Thunder dzieliło ich zaledwie jedno zwycięstwo. I tym razem musieli jednak uznać wyższość rywali w meczu numer 7. W tamtej serii Rondo był najlepiej punktującym zawodnikiem C’s, rzucając m.in. 44 punkty w Game 2. Był supergwiazdą, ale wizerunkowo nie pasował do ligi, która w kolejnych latach stawała się zbyt grzeczna, jak na niepoprawnego politycznie Rondo.

Nie było żadną tajemnicą, że charakter młodego rozgrywającego będzie problemem wszędzie poza Bostonem, gdzie grał razem z weteranami pod czujnym okiem Doca Riversa. W swoim debiutanckim sezonie Rondo domagał się wymiany, ale Doc powiedział mu wprost – zajdziesz tam, gdzie chcesz, ale pod moim okiem. Szacunek do trenera i ciężka praca sprawiły, że  szybko stał się jednym z liderów drużyny, choć wiekowo znacznie ustępował Kevinowi Garnettowi i Paulowi Pierce’owi. Występując w roli młodszego brata często pozwalał sobie na bezczelne zachowania, nie tylko wobec rywali, ale kibice wybaczali mu wszystko – wystarczyło, że na parkiecie wylewał z siebie siódme poty.

Dallas

Kiedy zerwał więzadła w kolanie, a cała wyżej wymieniona trójka odeszła z Bostonu, dni Rajona także były już policzone. Z nowym trenerem, młodym Bradem Stevensem, szybko zbudowali pełną szacunku relację, ale nie było tajemnicą, że Brad nie widzi dla niego miejsca w zespole w dłuższej perspektywie. No i stało się – 18 grudnia 2014 roku Rondo został wysłany do Dallas razem z Dwightem Powellem za Jae Crowdera, Jameera Nelsona i Brandana Wrighta. Śmieszna ,,cena” jak za gościa, który ledwie 2 lata wcześniej był jednym z największych problemów dla Miami Heat w drodze po mistrzostwo NBA. Ale Rajon przyznał potem otwarcie, że po kontuzji ACL nie był już takim samym zawodnikiem. Krnąbrny charakter, nienajlepsza forma i nowa drużyna, która kilka lat po zdobyciu mistrzostwa szukała swojej nowej tożsamości -  to nie mogło się udać.

I tak w ostatnim występie w barwach Dallas Mavericks, w drugim meczu serii playoffs przeciwko Houston Rockets, Rick Carlisle ściągnął go z boiska zaledwie minutę po rozpoczęciu drugiej połowy. Rondo złapał kilka fauli na Jamesie Hardenie i widać było, że bardziej interesują go indywidualne potyczki z gwiazdorem Rockets, którego pewnie miał prowokować przez całą serię, niż dobro drużyny. W dwóch występach w serii z Houston jego +/- wyniosło -36 punktów. Szkodził Dallas w każdy możliwy sposób, ale już na długo przed tym występem widać było, że Rondo i Mavs to fatalne połączenie.

How some former Mavs are faring this season, including Rajon Rondo playing  on his fifth team since 2014

Rick Carlisle wspomina dziś, że obie strony nie pasowały do siebie, ale to zwłaszcza Mavs nie byli zespołem, który byłby odpowiedni dla Rajona w tamtym momencie jego kariery. Jeszcze nie weteran, już nie młodszy brat – od Rondo wymagało się dojrzałej gry  i pociągnięcia młodych kolegów do sukcesów, do jakich przywykli kibice Celtics. Był to chyba najważniejszy kontekst całej sytuacji – przez ostatnie lata gry Rondo w Bostonie, jego krytycy raz za razem kwestionowali to, czy poradziłby sobie w drużynie nienaszpikowanej gwiazdami. Teraz wszyscy mieli używane – Internet i dziennikarze nie zostawili na rozgrywającym suchej nitki, a Mavs, nie dość, że go zwolnili to jeszcze pozbawili do pensji za mecze playoffs.

Sacramento

Zaczęły się niełatwe czasy dla zawodnika, którego jeszcze 2 sezony wcześniej każdy zespół chciałby mieć w swojej drużynie. Rondo trafił do Sacramento, gdzie stworzył całkiem udany duet z DeMarcusem Cousinsem, ale jeśli widzicie te dwa nazwiska obok siebie, domyślacie się pewnie, że nie obyło się bez problemów. Przede wszystkim – Rajon znalazł się w centrum konfliktu między młodym i charakternym DeMarcusem, a starym wygą Georgem Karlem. Sukcesów nie wróżył im nikt, ale z niemal 12 asystami na mecz, Rondo wrócił na tron w tym zestawieniu – po raz trzeci stał się najlepiej asystującym zawodnikiem w lidze.

Tytuł ten stracił nieco smaku, kiedy rok później Rondo powiedział w wywiadzie, będąc już zawodnikiem Chicago:

Rok temu, nienawidzę mówić o tym sezonie, nie wymienilibyście trzech zawodników z mojej drużyny, a ja przewodziłem lidze w asystach.

Chicago

Był to jednak pstryczek w nos wymierzony raczej w kierunku jego nowego trenera -  Freda Hoiberga, który potrafił przez kilka meczów z rzędu trzymać Rajona na ławce. Złośliwi powiedzieliby wtedy, że 30-latek może cieszyć się, że w ogóle znalazł gdziekolwiek angaż. Jego wieloletni menedżer, Bill Duffy, przyznał, że tamtego lata, po rocznej przygodzie w Sacramento, nie było żadnych telefonów, nikt nie chciał Rondo w swojej drużynie. Jego charakter nadal dawał się we znaki, jednak tym razem nie zawsze szła za nim dobra gra. Wreszcie, po rozmowie z ówczesnym GM-em Bulls, Johnem Paxsonem, Rajon dostał szansę w bardzo ciekawym eksperymencie – dołączył do Jimmy’ego Butlera i Dwyane’a Wade’a.

Trudno powiedzieć, czy D-Wade, wiedząc, co wydarzy się w Chicago, zgodziłby się opuścić swoją długoletnią przystań, jaką było Miami. Światła reflektorów nagle znalazły się na trzech gwiazdorach Bulls, którzy mieli stworzyć nową siłę na Wschodzie. Zamiast tego oglądaliśmy, jak sfrustrowani Wade i Butler krytykują zaangażowanie młodszych kolegów przed kamerami, tymczasem Rajon staje po drugiej stronie i publikuje jedne z najsłynniejszych słów, jakie w tamtym czasie padły z ust zawodnika NBA.

Bobby Portis wspomina, jak cała zgraja młodych Bulls była zafascynowana postawą Rondo w tamtym momencie. Rajon porównał godne pożałowania według niego zachowanie Butlera i Wade’a do prawdziwego przywództwa, jakiego był świadkiem w Bostonie. Słowo się rzekło – wiadomo było, że przed tą trójką nie ma świetlanej przyszłości, ale zanim opuścił Chicago, Rondo dał znać reszcie ligi, że jego czas się jeszcze nie skończył.

Jako ósma drużyna Wschodu, Bulls pod wodzą Rondo nagle znaleźli się w pozycji, w której byli blisko zszokowania koszykarskiego świata. Przeciwko Celtics wygrywali już 2-0, jednak przed meczem w United Center okazało się, że dla Rajona to koniec tej serii. Złamany kciuk (bardzo podobna kontuzja do tej, której nabawił się przed rozpoczęciem tegorocznych playoffs), 4 zwycięstwa Celtics i koniec przygody Rajona w Chicago. Później w gościnnym występie w Area 21 Kevina Garnetta nie krył pewności, że gdyby nie kontuzja, Bulls zaliczyli by sweep. Playoff Rondo przypomniał o sobie, ale serii nie udało mu się wygrać. Na to musiał poczekać kolejny rok.

Nowy Orlean

Choć sam nie lubi tego przezwiska – twierdzi, że jest to umniejszanie jego wartości w sezonie regularnym, na przełomie kwietnia i czerwca (a w tegorocznym przypadku września i października) trudno nazwać go inaczej.

Sezon 2017-2018 był niejako wstępem do przygody Rajona w Los Angeles, bardzo ważnym z perspektywy dzisiejszego zdobycia tytułu przez ekipę Franka Vogela. Właśnie w tamtym sezonie większość podań Rajona lądowała w rękach Anthony’ego Davisa, a AD wkrótce miał zawdzięczać Rondo swoją pierwszą wygraną serię playoffs.

Jako #6 na Zachodzie, Pelicans mierzyli się z faworyzowanymi Portland Trail Blazers, którzy mieli za sobą znakomity sezon regularny. Damian Lillard rzucał średnio 26 punktów na mecz i był jednym z kandydatów  wymienianych do nagrody MVP. Podekscytowanie jego grą spadło jednak adekwatnie do zdobywanych przez niego punktów w pierwszej rundzie playoffs. Lillard i McCollum musieli zmierzyć się z prawdopodobnie najlepiej broniącym duetem 1-2 w ówczesnej NBA. Rondo i Jrue Holiday sprawili, że Dame trafiał zaledwie 35% z gry. Rajon już w Game 1 pobił rekord Pelicans, rozdając 17 asyst. W czwartym meczu zaliczył 16 kończących podań, a podopieczni Alvina Gentry’ego wygrali 4-0.

W drugiej rundzie trafili na Warriors  i tutaj sukcesem możemy nazwać urwanie późniejszy mistrzom jednego meczu. W Game 3 Rajon rozdał oszałamiające 21 asyst i poprowadził Pelicans do zwycięstwa. Dubs wygrali resztę spotkań, ale Rondo pożegnał się z Nowym Orleanem w bardzo dobrym stylu. Za rok znów miał połączyć siły z AD, tym razem stawka była jednak dużo większa.

LA

Jeśli oglądałeś/oglądałaś NBA w latach 2008-2012, doskonale pamiętasz, jakim świętem były w tym czasie pojedynki LeBrona Jamesa i Boston Celtics. Mało kto w tamtym okresie zachodził za skórę Królowi tak bardzo, jak Rajon Rondo.

Potem przychodził Mecz Gwiazd i jedyna okazja, by zobaczyć tę dwójkę po tej samej stronie.

Kto by pomyślał przed 2010 rokiem, kiedy w NBA liczyli się głównie Celtics, Cavs i Lakers, że LeBron James i Rajon Rondo wspólnie zdobędą kiedyś tytuł. I to w Los Angeles.

Pierwszy wspólny rok był tylko wstępem. Kontuzja Jamesa zatrzymała Lakers mniej więcej w połowie sezonu, kiedy byli na dobrej drodze do zadomowienia się w najlepszej ósemce Zachodu.  Widać było, że to jeszcze nie to, że zespół potrzebuje kolejnych zmian, by wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Dla Rondo zmianie ulec musiał jednak nie tylko skład Lakers, ale także nastawienie samego Jamesa do młodszych graczy. W pewnym momencie sezonu wziął więc Jamesa na bok i powiedział mu jasno – stary, musisz się zmienić.

,,Kiedy chłopaki raz za razem popełniają ten sam błąd, trudno ugryźć się w język. Ale próbowałem skłonić Jamesa, żeby popracował nad swoją mową ciała. Te dzieciaki  patrzyły na wszystko, co robił. Kiedy któryś z nich spudłował cztery rzuty z rzędu, a LeBron zrobił jedną ze swoich min, to był dla nich potężny cios. On jest ich Michaelem Jordanem. Nie chcą go zawieść. Ale kiedy LeBron powie coś pozytywnego do Brandona Ingrama, czy Kyle’a Kuzmy, oni automatycznie wracają do pełnego skupienia.”

Różnicę w podejściu do drużyny Jamesa widać było w drugim sezonie w LA gołym okiem. Atmosfera w drużynie, zbudowanej przecież w zdecydowanej większości na szybko po tym, jak Los Angeles Clippers ogłosili transfer Kawhi Leonarda, była przykładem dla reszty zespołów. Miało to wpływ na grę całego zespołu zwłaszcza w bańce, kiedy zawodnicy nie mogli liczyć na wsparcie kibiców. W Lakers nie mieli z tym problemu – widać to było doskonale w dzisiejszym, ostatnim meczu sezonu 2019/2020, kiedy większość zawodników z ławki oglądała mecz na stojąco.

Czy na parkiecie widzieliśmy w wykonaniu Rajona coś, czego wcześniej nie było? Nie. Wrócę tu do tezy z początku tekstu – to zawodnik stworzony do gry o najwyższe cele. Miało to często swoje minusy, kiedy oglądaliśmy jego nieudane występy w barwach Bulls, czy Mavericks. Jakby miał pretensje do kolegów z drużyny, trenerów, że zamiast skupiać się na rywalizacji i zwycięstwach, wypominali mu jego zachowania. Często, w czasach poprawności politycznej, bywa niewygodny – co sprawia że przy słabszej grze po prostu o nim zapominamy. Swoją postawą przypominał mi czasami Mesuta Ozila – równie kontrowersyjnego geniusza, choć trzeba przyznać, że pod względem sportowym Rajon zestarzał się o niebo lepiej.

Jak wiele znaczy dla drużyny, która walczy o najwyższe cele, mogliśmy przekonać się w dzisiejszym Game 6.

Nie chciałem, żeby ten tekst był wychwalaniem Rondo pod niebiosa, bo jeśli mielibyśmy szukać przyczyny nieudanych związków z kolejnymi klubami po opuszczeniu Bostonu, musielibyśmy szukać ich za każdym razem po obu stronach. Przez ostatnie lata musiał sporo się nauczyć i wyciągnąć wiele wniosków. Przez cały ten czas mocno mu kibicowałem. Odkąd stał się moim ulubionym zawodnikiem, jako ten dzieciak wśród gwiazd w barwach Celtics, szanowałem go głównie za to, że gość na boisku jest po prostu prawdziwy. Nie jestem jednym z tych, co to krytykują dzisiejszą ligę, cały czas porównując ją z tą sprzed 30 lat, kiedy, nawiasem mówiąc, generowała pewnie jakieś 100 razy mniejsze przychody. Fakt faktem jednak, że nie jest łatwo znaleźć w niej ludzi, jak to w życiu, którzy pozostają sobą, ciężko pracują i mają przed oczami konkretny cel, przez co nie zawsze idą z nurtem wytyczonym przez trendy.

Rajon Rondo jest właśnie jednym z takich oldschoolowych graczy, którego każdy chciałby mieć po swojej stronie. Jako fan C’s muszę mieć konkretny powód, żeby cieszyć się z mistrzostwa dla Lakers. W minionym sezonie takich powodów znalazło się kilka, ale powrót na szczyt Rondo  to zdecydowanie najlepszy z nich. I kto by pomyślał, że ostatni tekst, po prawie 4 latach współpracy z MVP Magazyn, napiszę właśnie o jego drugim pierścieniu.

Dzięki ekipa za wspólne lata, komentarze i często uzasadnioną krytykę około 3000 tekstów, jakie tutaj wrzuciłem.

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes
za 3