Za co kochamy lata 90-te

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:

,,Ostatni Taniec" uświadomił nam, jak szybko lata 90-te stały się dla naszego społeczeństwa kultowe. Nosimy Jordany i kurtki z ortalionu, a hip hop to już nie muzyka uciśnionych.

,,Wczoraj na premierze kicksów o mało nie miałem końcowych napisów

Świętowali to co zwykle (reaktywacja modelu z nineties'ów?)"

Nie jestem specem od mody ani lifestyle’u, jak szefo naszej redakcji, ale nie trudno zauważyć, że, tak jak nawijali Taco i Oskar, lata 90-te regularnie pozostają wskrzeszane wraz z kolejnymi premierami produktów słynnych marek. Dla mojego pokolenia (93’) młodych Polaków, tamto dziesięciolecie obrosło w legendę. Żadne inne ,,czasy”, tak mocno zakorzenione w popkulturze, nie są nam tak bliskie –  większość moich rówieśników pamięta rozgrywki na Pegasusie i  grę w Contrę, a ci bardziej sportowi, w FIFE 98 RTWC czy NBA Hangtime. W piwnicach leżą stare bluzy z bazaru z czterema paskami, a naszymi idolami byli Allen Iverson, Eric Cantona i Roberto Carlos. Nie pamiętamy Maradony, nie słuchaliśmy Rolling Stones’ów i nie oglądaliśmy westernów (poza niedzielnymi popołudniami).

Nie chodzi tu jednak o jakieś słodkie wspomnienia z dzieciństwa. W końcu pokolenie urodzone w latach 80-tych, czy 70-tych, też wspomina 90’s z nostalgią. Dla Polaków kluczową rolę odgrywają tu zmiany polityczne, uwolnienie ze szponów komunizmu i dosłowne pożeranie wszystkiego, co promował tzw. Zachód, czyli w zdecydowanej większości Ameryka.

I tak 17 czerwca 1992 roku, tłumy chętnych ustawiły się w ogromnych kolejkach do pierwszej w Polsce restauracji McDonalds na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej w Warszawie, by zapłacić 25 tysięcy starych złotych za Big Maca. W polskich domach pojawiły się też pierwsze komputery na Windowsie 95. Świat stanął przed nami otworem – a wraz z nim moda na najpopularniejszą ligę na świecie – NBA.

Co było, a nie jest

Nawijały swego czasu, dla odmiany, Brudne Serca. Wielu z nas nie może odpuścić sobie okazji, by wspominając tamto dziesięciolecie, nie wbić szpilki dzisiejszej lidze NBA i kulturze ogólnie. Spójrzcie tylko na kilka filmów, jakie wrzuciliśmy ostatnio na fanpage MVP. Iverson przepychający się z Rodmanem. Niezliczone filmy z Michaelem. Wsad Shawna Kempa i przybita piątka z jego ofiarą, Chrisem Gatlingiem. Piękne wspomnienia, a pod każdym z nich wiele nostalgii w komentarzach. Co więc tak bardzo jara nas w koszykarskich latach 90-tych?

Globalizacja

Zacznijmy od tego, że w Polsce, podobnie jak w wielu innych zakątkach świata, NBA stała się towarem pożądanym. Głównym powodem takiego stanu rzeczy była najpopularniejsza drużyna sportowa jaka kiedykolwiek powstała.

Dream Team skradł serca całego świata w trakcie IO w Barcelonie. Jego wpływ na światową popularność koszykówki oglądamy do dzisiaj. To właśnie Michaela, Magica, Barkleya i spółkę, oglądali w dzieciństwie Tony Parker, Dirk Nowitzki, Manu Ginobili i cała reszta wybitnych zawodników, którzy u progu starego millenium, lub na początku nowego, zawitali do ligi. W NBA gra dziś ponad setka graczy spoza USA. To najwyższy procent w historii tych rozgrywek. Nie byłoby tego, gdyby nie Dream Team, najlepsza drużyna koszykarska w historii, pełna klasy i wielkich nazwisk, która oczarowała resztę globu i sprawiła, że wszyscy, także i Polacy, zechcieli zarywać noce dla tego pięknego sportu.

Era Big Manów i Michael

Choć myśląc o najlepszych centrach w historii, szybko do głowy przychodzą nam Russell, Chamberlain i Kareem, lata 90-te także obfitowały w niezwykle utalentowanych wysokich, którzy zebraliby pewnie sporo pierścieni, gdyby nie niemierzący nawet dwóch metrów obrońca Chicago Bulls.

I tak mniej więcej można podsumować tę dekadę – w lidze wielkich, umięśnionych gości, jak Ewing, Olajuwon, Malone, Robinson, a potem także Shaq – to Michael okazał się samcem alfa i wielką nadzieją nieco niższych (jeśli możemy tak ich nazwać) zawodników. Choć Larry i Magic zrobili z NBA amerykański towar eksportowy w latach 80-tych, dopiero Jordan wyniósł graczy obwodowych na piedestał, a liga powoli zaczęła zmieniać zasady, żeby obrońcy mogli świecić równie jasną gwiazdą, co wyżsi o kilkadziesiąt centymetrów centrzy. Centrzy, którzy musieli zacząć przyzwyczajać się do tego:

No i Michael wyrósł na światową supergwiazdę. Dream Team, globalizacja, wielkie marki, jak McDonalds i Coca-Cola, pukające do drzwi wyzwolonych krajów, ukryte za twarzą Jordana. W ciągu kilku lat najlepszy koszykarz na świecie stał się sławniejszy od gwiazd rocka, za co z resztą zapłacił słono swoją prywatnością. Dziś, mimo wielu kontrowersji z jego udziałem, większość z nas ma przed oczami widok  nieskazitelnie czystego Michaela. Oburzamy się na myśl, że można porównywać do niego LeBrona Jamesa (co, nawiasem mówiąc, mija się z celem). Jordan stał się ikoną popkultury, a reszta ligi musiała szybko za nim nadążyć.

Młodzi Gniewni

Ci, którzy nie kochali Michaela, lada moment pokochali nowe twarze, które, ośmielone poczynaniami MJ’a, weszły do ligi z przytupem. Podobnie jak w hip hopie, tak i w NBA rozpoczęła się era pyszałków, którzy samą swoją postawą i charyzmą rzucali wyzwanie starej szkole zawodników.

Uosobieniem tej zmiany byli Orlando Magic. Klub założony zaledwie 3 lata wcześniej, wybrał w Drafcie 92’ Shaqa, który miał być przyszłością ligi. Mało kto pamięta, że rok później Magic także wygrali loterię Draftu, wybierając z jedynką Chrisa Webbera. Zamiast spróbować sił z najlepszym młodych frontcourtem w lidze, władze Orlando postanowiły wymienić Chrisa na numer #3 tego naboru – Anfernee Hardaway’a.  

Dwójka Shaq-Penny od razu podbiła serca młodych kibiców, a szczyt zainteresowania tym duetem przypadł na sezon 94/95, kiedy Magic pokonali Chicago Bulls z Michaelem Jordanem w składzie i awansowali do Finałów NBA.

Chwilę później do ligi dołączyli Kobe, Garnett, Ray Allen, Allen Iverson, Jason Kidd. No i do dzisiaj odpalamy stare płyty Nasa i puszczamy te highlighty z tamtych lat. No i gitara.

Rywalizacje

Najczęściej wymienianym argumentem na temat wyższości lat 90-tych nad obecną ligową rzeczywistością, jest oczywiście pogląd, jakoby dzisiejsza liga była ,,miękka”.  No i fakt – dzisiejsze przepisy dużo bardziej chronią atakującego zawodnika. Dużo mniej rzeczy jest dozwolone, a po słynnej bitwie Malice in the Palace, David Stern wprowadził także ogromne kary za bójki i robienie wszelkiego innego syfu. Te dwie rzeczy wpływają na fakt, że sędziowie dużo częściej muszą dziś przerywać akcję, czy to przy walce o zbiórce, czy zbyt agresywnej obronie, a także, za pomocą fauli technicznych, szybko wybijać z głowy zawodnikom ewentualną chęć osobistej potyczki z rywalem. Efekt? Na parkietach NBA nie zobaczymy już tego rodzaju zagrań:

Nie jestem fanem brutalności w grze, ale zaciętość, jaka towarzyszyła lidze w tamtym okresie sprawiła, że niektóre rywalizacje do dziś oglądamy z  ciarkami na plecach. I tak kilka tygodni temu trochę się nudziłem wieczorem i odpaliłem Game 7 serii Bulls-Knicks z 1992 roku. A potem Game 6 z 1993. O latach 90-tych wiem tyle, co wyczytam w Internecie albo pamiętam z balu przebierańców, ale po takim seansie sam zaczynam tęsknić za takim widowiskiem, chociaż dzisiejszą ligę także oglądam z wielką przyjemnością.

Takich serii było więcej. Knicks-Pacers. Bulls-Jazz. Knicks-Heat. Spurs-Suns. Jazz-Rockets. A wymieniam tu tylko te, którym po latach przyjrzałem się z bliska. Jeśli oglądaliście NBA w tych czasach i już nie możecie doczekać się, żeby napisać o tym w komentarzu*, pewnie znacie kilka innych, równie kultowych.

Tak wiele powodów, by kochać lata 90-te, kiedy jest się kibicem koszykówki. ,,Ostatni Taniec” przypomniał nam, że trudno być bardziej spoko niż Michael podjeżdżający Corvettą na trening. Że w środku sezonu Rodman leciał sobie do Vegas i to też było okej, bo nikt nie nagrywał go nawalonego i nie wrzucał na Instagrama. Świat niezdominowany do tego stopnia przez technologię i media społecznościowe - to sprawia, że też czasami patrzę z nostalgią w tamtym kierunku.

Ale, tu pewnie większość starych wyjadaczy mnie wyśmieje, dzisiejsza koszykówka sprawia mi tyle samo przyjemności. Poziom umiejętności wcale nie jest mniejszy. Zawodnicy nie są głupsi, gorsi, mniej bohaterscy. Po prostu śledzimy ich 24 godziny na dobę i wiemy o nich wszystko. Nie obrastają legendą jak ci, których widzieliśmy tylko na kasetach video. No i koszykówka to nadal koszykówka. Za co ją kocham, już pisałem. Znalezienie ekipy, która spędzi z Tobą popołudnie na boisku nadal jest możliwe. Trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać. I stworzyć sobie własny klimat na miarę ninetiesów, bez potrzeby reaktywacji  modelu butów.

*;)

A po porcję zdjęć, głównie z tamtego okresu, zapraszam na naszego Instagrama, gdzie dzisiaj, po 20 latach, można wreszcie wrzucać filmiki z nawalonym Rodmanem w Vegas.

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes
za 3