Czy Spurs podniosą się po takiej klęsce?

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:
YouTube

Wszyscy w San Antonio zadają sobie to pytanie. Zwycięstwo było przecież na wyciągnięcie ręki… Ostatecznie Spurs zaliczyli jeden z największych zjazdów w historii finałów. Teraz zagrają z nożem na gardle. 

To może być jednocześnie najbardziej budująca i najbardziej przygnębiająca statystyka dla kibiców San Antonio Spurs oglądających Finały NBA: po czterech meczach bilans punktowy wynosi zaledwie +8 dla New York Knicks. Paradoksalnie - to niezwykle wyrównana seria: trzy z czterech spotkań zakończyły się różnicą czterech punktów lub mniej. A jednak Spurs przegrywają 1–3 i są o krok od odpadnięcia. Zadecydowało połączenie doświadczenia i zimnej krwi Knicks w końcówkach oraz błędów i niedojrzałości młodych Spurs.

Czy Finały zakończą się już w sobotę w San Antonio? Czy Knicks będą świętować tytuł? A może Spurs w końcu wygrają u siebie? W niemal każdej serii play-off przychodzi moment, w którym jedna drużyna zaczyna czuć, że nie ma odpowiedzi. Zawodnicy tego nie powiedzą, ale widać to w ich mowie ciała. Spurs mieli taki moment po meczu numer cztery — bolesnej porażce, w której roztrwonili 29 punktów przewagi. Zwykle po czymś takim seria szybko się kończy.

Ale ci Spurs mają na tym polu konkretne doświadczenie. Wygrali mecz numer siedem w Oklahomie i zwyciężyli w Madison Square Garden. Jedynym zespołem, który naprawdę odwrócił taką sytuację, Cleveland Cavaliers w 2016 roku przeciwko Golden State Warriors.  

Z perspektywy gry San Antonio Spurs - kluczowym elementem będzie również ich gra w ataku — konkretnie gra w „pomalowanym”. W tej serii wygrywa zespół, który wchodzi pod kosz, zdobywa łatwe punkty lub wymusza rotacje obrony i oddaje piłkę na obwód. Najlepszym przykładem był mecz numer cztery. Spurs zdobyli 24 punkty spod kosza w pierwszej połowie i zbudowali 27-punktową przewagę. W drugiej połowie przestali atakować obręcz, zaczęli rzucać za trzy i z półdystansu, a Victor Wembanyama po faulu niesportwoym grał ostrożniej. Efekt? Tylko 4 punkty w „pomalowanym” po przerwie.

- Kiedy przenosisz piłkę i grasz zespołowo, pojawiają się dobre rzuty, zwłaszcza gdy atakujesz pomalowane i zmuszasz obronę do błędów - powiedział Karl-Anthony Towns.

Tymczasem Knicks — prowadzeni przez Jalen Brunson — zaczęli wchodzić pod kosz i to napędziło ich comeback. Na tym etapie serii nie ma już wielu taktycznych tajemnic. Obie drużyny wiedzą, co robić, ale obie też dysponują zestawem defensorów, który gwarantuje obronę na elitarnym poziomie. To, która drużyna lepiej wykorzysta te elementy — wejścia pod kosz, ruch piłki i grę według swoich atutów — zdecyduje, czy seria wróci jeszcze do Nowego Jorku, czy Knicks dopną swego i po 53 latach sięgną po upragniony tytuł.

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes