Milwaukee Bucks mają za sobą wyjątkowo trudny sezon, a najnowsze wypowiedzi Mylesa Turnera rzucają dodatkowe światło na problemy, które mogły dziać się wewnątrz drużyny. Środkowy zespołu postanowił obrzucić błotem swoich kolegów z drużyny.
- Goście spóźniali się cały czas. Przychodzili na analizę wideo, kiedy chcieli, opuszczali spotkania. To była jedna z najbardziej szalonych rzeczy, jakich osobiście doświadczyłem. Jeśli samolot miał odlecieć o 14:00, nie ruszaliśmy do 16:30. Mówię całkowicie serio. Zawodnicy spóźniali się na samolot o godzinę. Doszło do tego, że wiedziałem, żeby pojawić się dopiero godzinę po planowanej godzinie odlotu - stwierdził.
Według Turnera problem nie dotyczył pojedynczych przypadków, ale stał się częścią codziennego funkcjonowania drużyny. Co istotne, zawodnik zasugerował również, że trener Doc Rivers nie stosował absolutnie żadnych kar, które mogłyby zatrzymać negatywne nawyki w zespole. Szkoleniowiec po zakończeniu sezonu zrezygnował z funkcji trenera Bucks i odszedł na emeryturę. Milwaukee po raz pierwszy w czasie jego trzyletniej kadencji nie awansowało do Play-Offów. W dwóch poprzednich sezonach drużyna odpadała już w pierwszej rundzie.
- Giannis pojawiał się, kiedy tak naprawdę chciał. Myślę, że po prostu tak to wyglądało. Kiedy zobaczyłem, co się dzieje, pomyślałem: „Dobra, stary, rób swoje. I tak cię nie ukarzą. Rób, co robisz” - dodał Turner.
To nie pierwszy raz dla koszykarza, kiedy ten atakuje w mediach swoich kolegów. Przed rokiem po dojściu do finałów NBA z Indianą Pacers stwierdził publicznie, że Tyrese Haliburton nie jest prawdziwym liderem zespołu. Tymczasem dzięki jego świetnym występom mieli szansę na mistrzostwo. Do zwycięstwa zabrakło przede wszystkim… lepszej gry Turnera. Wtedy seria mogłaby się skończyć szybciej i nie dojść do siódmego meczu, kiedy to rozgrywający zerwał Achillesa.