Windy City Assasin znów porwał tłumy w United Center!

skroluj w dół
Źródło zdjęcia:

Uczestnictwo w takich wydarzeniach nie jest codziennością. Derrick Rose stał się zaledwie piątym koszykarzem w historii Chicago Bulls, którego numer zawisł pod kopułą hali. Rozgrywający znów porwał tłumy w Wietrznym Mieście.

Bohater prosto z Chicago

„Windy City Assasin”,”D-Rose”, czy „Poohdini”- to tylko jedne z wielu pseudonimów Derricka, które przez lata skandowane były w United Center. Ulubieniec chicagowskich trybun w NBA spędził w Wietrznym Mieście osiem lat, w trakcie których wybierany był najlepszym debiutantem roku, ale przede wszystkim – najmłodszym w historii MVP ligi. Jest obok Michaela Jordana jedynym zawodnikiem w historii tej organizacji, któremu udało się sięgnąć po statuetkę dla najbardziej wartościowego gracza.

W barwach chicagowskich byków Rose rozegrał 406 spotkań, z których 405 rozegrał w pierwszej piątce. Zapisywał w nich średnio 19,7 punktu, 6,2 asysty, 3,7 zbiórki oraz trafiał 44,8% rzutów z gry. Na pewno te statystyki byłyby znacznie lepsze, gdyby nowego gracza Knicks oszczędzały kontuzje. Tych miał niestety zdecydowanie za dużo.

Jego atletyczny styl gry, który zszokował całą ligę mocno odbił się na jego zdrowiu. Tuż po odebraniu statuetki dla najbardziej wartościowego gracza, Rose nabawił się poważnej kontuzji – zerwał więzadło krzyżowe w lewej nodze. Adidas nakręcił całą serię filmów wokół powrotu Derricka, jednak to nie zadziałało na niego najlepiej – tuż po rozpoczęciu kolejnego sezonu nabawił się następnego urazu. Zerwał łąkotkę, tym razem w prawym kolanie…

Uważam, że Derrick Rose jest największym zmarnowanym talentem w historii NBA. Historia wychowanego w Chicago koszykarza zdecydowanie różni się od innych, bowiem talentu nie zmarnował przez swoją głupotę, tylko przez zdrowie. Derrick miał być dla Chicago następcą Michaela Jordana. Miał być postacią, która poprowadzi organizację do kolejnych tytułów. Niestety nigdy mu się to nie udało, ale Wietrzne Miasto na zawsze będzie miało go w sercu.

Wielkie uhonorowanie

W historii Chicago Bulls zaledwie czterech koszykarzy dostąpiło zaszczytu, jakim jest zastrzeżenie numeru. Michael Jordan, Scottie Pippen, Bob Love i Jerry Sloan. Rose dołączył do największych gwiazd organizacji, ale i jednych z najlepszych koszykarzy w historii ligi. Co prawda nigdy nie wywalczył dla klubu mistrzostwa, ale stał się symbolem klubu. Był zwykłym chłopcem z ulicy, który stał się inspiracją dla pokoleń. Właśnie dlatego klub z United Center zdecydował się zastrzec jego numer.

Już przed rokiem Bulls uhonorowali najmłodszego MVP w historii, organizując dla niego specjalny wieczór, na który przyjechali między innymi dawni koledzy z drużyny. Dzielili się swoimi historiami, opowiadali o wspólnych sukcesach. Dla kibiców klubu z Chicago było to wielkie wydarzenie, bo znów mogli zobaczyć ekipę, która jako jedyna dała im w XXI wieku sporo radości. Wtedy nie było jednak pewności, czy Rose dostąpi zaszczytu zastrzeżenia numeru.

Doczekał się 24 stycznia po meczu z Boston Celtics. Warto podkreślić stwierdzenie „po”, bowiem klub przygotował naprawdę duże wydarzenie, którego nie chciał skracać do 15 minut przerwy. Dokładnie 20 minut po ostatniej syrenie w meczu i obejrzeniu wzruszających wypowiedzi ludzi ze środowiska koszykarskiego, z LeBronem Jamesem, Michaelem Jordanem czy Scottiem Pippenem na czele, Rose wyszedł z tunelu i zbił piątki z kibicami, po czym przytulał każdego ze swoich najbliższych.

Łzy w oczach

Show skradli jego koledzy z drużyny oraz były trener - Tom Thibodeau, którego obecność zaskoczyła wszystkich. Wielu kibiców do dziś uważa, że to właśnie szkoleniowiec jest winny temu, że kariera rozgrywającego potoczyła się w taki sposób. Thibs zawsze słynął z tego, że męczył graczy z pierwszej piątki nawet w rozstrzygniętych meczach. I właśnie w takim spotkaniu Rose nabawił się pierwszej kontuzji, która zatrzymała jego wielką karierę.

Rozgrywający nie krył wzruszenia obecnością kolegów z drużyny, których nazywał braćmi, ale też zwrócił się do kibiców z apelem. Poprosił o to, aby nie winili szkoleniowca za losy jego kariery. Podkreślił, że jemu też zależało na tym, by grać jak najwięcej, bo po prostu kochał ten sport.

- Miałem okazję spędzić 14 lat swojej kariery z tym człowiekiem. Wiele nieprzespanych nocy, wiele kłótni. Niezależnie co się działo, on był tam ze mną - mówił Taj Gibson. - Za to wszystko, co przeszliśmy razem. To nasze wspólne trofeum, bracie - wtórował mu Luol Deng.

Ceremonia porwała nabitą halę United Center, która skandowała okrzyki „MVP” i nie ukrywała radości z tego, że ponownie zobaczyła na parkiecie największego bohatera XXI wieku. Człowieka, który wychował się w Chicago i poświęcił swoje zdrowie dla klubu. O Derricku można śmiało powiedzieć, że dał temu klubowi wszystko, co miał.

- Gratulacje dla Derricka i jego rodziny za to zasłużone wyróżnienie. Moim zdaniem, Twoim kolejnym przystankiem jest Galeria Sław i nie mam co do tego wątpliwości. Dziękuję Ci, Derricku, za wszystkie wspomnienia. Kocham Cię - powiedział Tom Thibodeau.

Dla mnie osobiście uczestnictwo w takim wydarzeniu było absolutnym spełnieniem marzeń. To właśnie Derrick Rose był koszykarzem, dzięki któremu w ogóle zainteresowałem się koszykówką. Bez niego nie próbowałbym swoich sił w tym sporcie, ale i nie pisałbym dziś o tym sporcie. Zobaczenie swojego idola z dzieciństwa, który został uhonorowany w tak piękny sposób było czymś nie do opisania.

Derrick Rose Forever!

Obserwuj nas w mediach społecznościowych

NBA
Otwórz stronę MVP na swoim
urządzeniu mobilnym i zapisz ją na pulpicie. Będziesz mieć dostęp do najnowszych artykułów w zasięgu ręki!
lifestyle
kadra
nba
biznes