Bill Cartwright był All-Starem w New York Knicks, mistrzem NBA z Chicago Bulls i później trenerem. W rozmowie z naszym serwisem opowiada o grze w fizycznej NBA lat 80. i 90., wejściu do szatni Michaela Jordana, przywództwie w mistrzowskich Bulls czy rywalizacji z wielkimi centrami.
Podkoszowy, który rozegrał na parkietach NBA prawie 1100 meczów, to trzykrotny mistrz NBA z Chicago Bulls i trzeci wybór draftu z 1979 roku. Karierę zaczynał w New York Knicks, gdzie szybko stał się jednym z najważniejszych zawodników drużyny, trafił do Meczu Gwiazd i został wybrany do pierwszej piątki debiutantów. Później, już w Chicago, pełnił rolę podstawowego centra oraz jednego z weteranów mistrzowskiej ekipy. Po zakończeniu kariery pozostał przy koszykówce jako trener - prowadząc między innymi Chicago Bulls.
Bill Cartwright: Patrzę na swoją karierę jak na trzy części. Czas w Knicks był okresem budowania mojej pozycji w lidze. Zostałem graczem pierwszej piątki, trafiłem do Meczu Gwiazd, byłem najlepszym strzelcem i zbierającym drużyny. Jednocześnie poznawałem wtedy NBA, uczyłem się jej. W Bulls stałem się bardziej graczem zadaniowym. Dzięki temu mogłem być częścią mistrzowskiej drużyny. Moja kariera trenerska była natomiast odzwierciedleniem wszystkiego, czego nauczyłem się jako zawodnik. Mogłem wykorzystać tę wiedzę, żeby uczyć innych, jak stać się dobrymi koszykarzami w NBA.
Bill Cartwright: Moim celem było uczyć się i ugruntować swoją pozycję jako najlepszy zawodnik, jakim mogłem być wtedy dla Knicks.
Bill Cartwright: Sport miał wtedy inny standard gry. Jeśli byłeś kontuzjowany, grałeś dalej. Jedyny wyjątek był wtedy, gdy coś złamałeś. Fizyczna i psychiczna twardość była czymś, czego wszyscy oczekiwali. Dzisiaj zawodnicy są lepiej chronieni. W moich czasach na przykład nie było protokołu wstrząśnienia mózgu. Wymagano, że będziesz grał mimo urazu.
Bill Cartwright: Po dziewięciu latach spędzonych w Nowym Jorku byłem przygotowany na każdą sytuację. Niczym się nie martwiłem. Po prostu chciałem grać najlepiej, jak potrafiłem.
Bill Cartwright: Jestem facetem starej szkoły, więc szacunek należy się starszym. Jako jeden ze starszych zawodników w drużynie, to ja oczekiwałem tego szacunku.
Bill Cartwright: Powiedzmy to wprost. Michael Jordan nie był jedyną osobą w tej drużynie z silnym charakterem. Każdy zawodnik był wyjątkowo dobrym koszykarzem. Scottie Pippen, Horace Grant, John Paxson, Cliff Levingston, Stacey King, Craig Hodges, B.J. Armstrong i reszta zawodników. Wszyscy mieli mocne osobowości. Moją rolą jako współkapitana było dodanie drużynie stabilności.
Bill Cartwright: Przez całą karierę miałem co najmniej 130 kolegów z drużyny. Wszyscy zajęli się później różnymi rzeczami, tak samo jak ja, więc trudno utrzymywać z nimi bliski kontakt. Pozostaję jednak nadal w kontakcie z około 10 kolegami z Bulls.
Bill Cartwright: Stacey był zabawnym człowiekiem. Cały czas mówił, opowiadał historie i właśnie te cechy doprowadziły go później do wybitnej kariery komentatora sportowego. Był po prostu dobrym człowiekiem.
Bill Cartwright: Nasze treningi były ciągłym budowaniem podstawowych umiejętności pod okiem Phila Jacksona. Dawały też jednak naszej drugiej piątce okazję do wykazania się. Zmiennicy zazwyczaj byli bardziej wypoczęci niż zawodnicy pierwszej piątki. Więc tak. Nasze treningi były bardzo konkurencyjne i intensywne.
Bill Cartwright: Drużyny Chicago Bulls wygrywały, bo po prostu miały najlepszego generalnego menedżera, najlepszych trenerów, najlepszą pierwszą i drugą piątkę w NBA.
Bill Cartwright: Kiedy trafiłem do ligi, wydawało się, że prawie każda drużyna miała wymagającego centra, przeciwko któremu trzeba było grać. Moim zadaniem było poznać każdego rywala, nauczyć się, jak go bronić i jak atakować go w ataku.
Bill Cartwright: Każdy zawodnik, center, skrzydłowy czy obrońca, jeśli w swoich czasach był dominujący i skuteczny, byłby dominujący i skuteczny również dzisiaj.
Bill Cartwright: Absolutnie nic. Chicago Bulls byli drużyną lat 90.
Bill Cartwright: To było smutne dla Seattle. To świetne sportowe miasto i nie zasłużyło na utratę swojej drużyny. Oczywiście mam nadzieję, że już niedługo zespół wróci do Seattle.