W pierwszej kwarcie kontuzjował kolano. W drugiej zgłaszał problem z kostką. Mimo wszystko nie miał zamiaru z niczego rezygnować i koniec końców poprowadził New York Knicks do pierwszego zwycięstwa w finale NBA.
W pierwszej kwarcie Jalen Brunson sam poprosił o zmianę i kulejąc udał się do szatni. Skrzydłowy San Antonio Spurs, Harrison Barnes, wpadł na jego kolano po zderzeniu z Landry Shametem i choć Brunson próbował zostać na parkiecie, było widać, że coś mu dolega. New York Knicks przegrywali wtedy różnicą 10 punktów i wyglądało na to, że sytuacja może się dla nich szybko skomplikować.
Zamiast tego, pierwszy mecz finałów NBA zostanie zapamiętany jako spotkanie, w którym legenda Brunsona urosła niemal do mitycznych rozmiarów.
- To wojownik - powiedział trener Knicks, Mike Brown. - W największych momentach zawsze się pojawia i właśnie to robią MVP. Daliśmy mu piłkę i powiedzieliśmy, że będziemy z nim wygrywać albo przegrywać. I on nam to wygrał i robi to raz za razem
Brunson wrócił na parkiet w drugiej kwarcie i pozostał w grze nawet po tym, jak Luke Kornet nadepnął mu na kostkę. Powoli przejmował kontrolę nad meczem, zdobywając 13 punktów w czwartej kwarcie, w tym kilka kapitalnych akcji.
- Myślę, że wszystko zaczyna się od mojej pewności siebie. To wynika z etyki pracy - powiedział Brunson o swoich kluczowych zagraniach. - Najważniejsze jest jednak to, że gramy na wyjeździe i wiem, że moi koledzy mnie wspierają. To kluczowe w takim środowisku. Ich zaufanie do mnie i moje do nich doprowadziło nas do tego miejsca - dodał.
Zaufali właściwej osobie. Jedno jest pewne: San Antonio musi znaleźć sposób, by powstrzymać rosnącą w trakcie tych play-offów legendę Jalena Brunsona, zanim urośnie jeszcze bardziej.