Joel Embiid przez lata był twarzą Philadelphii 76ers. Symbolem całego projektu, zawodnikiem, wokół którego klub budował swoją tożsamość i mistrzowskie ambicje. Jednak po kolejnym rozczarowującym zakończeniu sezonu jego przyszłość w Filadelfii przestała wydawać się tak oczywista jak wcześniej.
Podkoszowy po przegranej 0:4 serii z New York Knicks został zapytany o to, jak widzi swoją przyszłość w barwach siedemdziesiątek-szóstek. Podkoszowy odpowiedział bardzo krótki, ale wymownie - stwierdził, że nawet nie wie, czy nadal będzie w tej drużynie grał.
To zdanie wystarczyło, żeby wśród kibiców Sixers zapaliła się czerwona lampka. Oczywiście nie jest to oficjalna prośba o transfer, ani jednoznaczna deklaracja odejścia, ale trudno traktować tę wypowiedź jak zwykłą pomeczową frustrację. Zwłaszcza że pada ona po latach powtarzającego się scenariusza, który w Filadelfii znają aż za dobrze. Sixers ze swoim podkoszowym nigdy nie przebrnęli drugiej rundy Play-Offów.
Wokół Embiida przez lata zmieniało się niemal wszystko. Klub próbował różnych konfiguracji. Był Ben Simmons, był Jimmy Butler, był James Harden, był Tobias Harris, był Tyrese Maxey, później także kolejne ruchy mające przybliżyć Sixers do walki o mistrzostwo. Zmieniali się trenerzy, zmieniały się pomysły na ofensywę, zmieniały się oczekiwania. Za każdym razem kibice mieli dostać nową wersję Sixers - dojrzalszą, groźniejszą i gotową na wielki wynik. Za każdym razem kończyło się jednak rozczarowaniem.
Podkoszowy rozegrał w tym sezonie zasadniczym jedynie 38 meczów. Zapisywał w nich średnio 26,9 punktu, 7,7 zbiórki , 3,9 asysty oraz 1,2 bloku. Trafiał 48,9% rzutów z gry. W Play-Offach rozegrał sześć spotkań, zapisując średnio 24 punkty, 7,7 zbiórki oraz 5,7 asysty. Trafiał najsłabsze w karierze 42,2% z gry.